"Yesterday", czyli film, który mógłby nazywać się "All you need is love"

Dlaczego wkurzają mnie recenzje "Yesterday"? Dlaczego film, który na Filmwebie dostał raptem 6,5 gwiazdki jest według mnie jedną z najlepszych komedii romantycznych kilku ostatnich lat?


Zwiastun już znacie. Może niektórzy z Was widzieli nawet cały film. A ja, podczas gdy inni wyrażają się o tejże produkcji mniej optymistycznie, pragnę ją jednak obronić. Tu nie chodzi wyłącznie o dobry pomysł na film, oryginalną koncepcję, świeży pomysł na komedię romantyczną... O właśnie - k o m e d i ę   r o m a n t y c z n ą. Mam trochę wrażenie, że jestem jak ten główny bohater - on jedyny (no prawie) pamiętał Beatlesów, a ja... czy tylko ja jeszcze pamiętam, że komedie romantyczne rządzą się swoimi prawami? Rozumiem wszystkich, którzy w komediach romantycznych nie gustują. Trzeba Wam wiedzieć też, że tu recenzentką jest nie tylko wielka romantyczka, fanka "Pamiętnika" czy "Czasu na miłość", ale przede wszystkim jednak magister edukacji medialnej, więc zaufajcie mi, kiedy napiszę, że komedia romantyczna to taki gatunek filmu o charakterze komediowym, gdzie główne wątki dotyczą tematyki miłosnej a rozgrywają się między charakterystyczną parą bohaterów. I tak, są to zazwyczaj proste historie, a mam wrażenie sztuką w tych czasach jest napisać prostą i mądrą historię, bo zazwyczaj są one zwyczajnie nie tyle proste, co prostackie.

Mniej lub bardziej trafione recenzje "Yesterday"

Plakat Yesterday - mat. prasowy
Obawiam się, że nie czytaliście innych recenzji tego filmu, więc wspomnę tylko, że recenzenci są w głównej mierze zawiedzeni fabułą. Spodziewali się więcej po mistrzach gatunku, a takimi są autorzy "Yesterday" - reżyser Danny Boyle odpowiada również za takie tytuły jak: "Slumdog. Milioner z ulicy" czy "Steve Jobs", ponadto scenariusz został napisany przez Richarda Curtisa, czyli autora scenariuszy filmów takich jak chociażby "Dziennik Bridget Jones", "To właśnie miłość" czy też "Cztery wesela i pogrzeb". Jeden z recenzentów uważa, że "wszystko, co najlepsze w Yesterday związane jest z muzyką Beatlesów", że "trafione są same dowcipy wynikające z absurdalnej sytuacji, w jakiej znalazł się w główny bohater", a "wątek miłosny został tu wkomponowany na siłę i gdyby się go pozbyć, filmowi wiele by to nie zaszkodziło" (o zgrozo! - przypis własny, bo nie mogę się powstrzymać) <źródło: "Viva!">. Inny, że postać głównej bohaterki jest niekonsekwentna i źle napisana <źródło: "Sfilmowani" - YouTube>. Jeszcze inny, że "Yesterday to niewykorzystany potencjał (...), brakuje tu jakiejkolwiek głębszej refleksji" <źródło: "ppe">.

Spodobała mi się natomiast recenzja Magdaleny Fijołek z "Niezależnej", która bodaj jako jedyna czuje podobnie jak ja. Wspomina ona, że "Yesterday" nawiązuje swoim wydźwiękiem i puentą do greckiego katharsis znanego z klasycznych sztuk teatralnych, gdzie główny bohater musi zmierzyć się z samym sobą. W filmie Boyle'a zmaganie to odbywa się na dwóch polach: pierwsze to kwestia prawdomówności i czerpania korzyści z cudzych utworów, drugie i ważniejsze to wybór między sukcesem muzycznym a miłością do filmowej Ellie. I tu może czas najwyższy skrótowo opowiedzieć historię filmu, tym, którzy go nie oglądali. Lecz nie tylko to będzie tematem poniższego akapitu "O czym jest "Yesterday"?". Uważam, że cała ta idea nagłego zniknięcia Beatlesów z kart historii to tylko pretekst, by snuć o wiele ważniejszą opowieść...

Yesterday - mat. prasowy

O czym jest "Yesterday"?

"Yesterday" to film, w którym NIE wszystko od początku do końca jest tak oczywiste jak miłość głównej bohaterki do głównego bohatera. Wydaje się, że nieoczywista była ona wyłącznie dla niego samego. Jack Malik (tak nazywa się ów bohater) jest muzykiem, którego kompozycje od lat nie odnoszą żadnego sukcesu. Dzień, w którym postanawia rozstać się z marzeniami o karierze muzycznej, jest również dniem, w którym cały świat na 12 sekund pogrąża się w ciemnościach, a muzyk zostaje potrącony przez autobus. Z okazji powrotu do zdrowia jego najlepsza przyjaciółka, managerka i, jak się okazuje później, miłość życia, wręcza mu nową gitarę. Jack "chrzci" gitarę, wykonując "Yesterday" a jego przyjaciele nie mogą uwierzyć w to, jak piękną piosenkę napisał, co Malik początkowo uznaje za żart. Dopiero po wnikliwym researchu zdaje sobie sprawę, że przyjaciele naprawdę nie kojarzą zespołu, a on staje naprzeciw niepowtarzalnej szansy, by nie tylko ukazać światu piękno muzyki "The Beatles", ale też odnieść muzyczny sukces.

Wydaje się, że wszystko kręcić się będzie wokół twórczości Beatlesów, ale według mnie tak nie jest. Dlaczego?

1. Covery to zdecydowanie nie było coś, co miałoby na nowo podbić nasze serca, bo gdyby tak miało być, to uznałabym film za kompletny niewypał. Chociażby wersje moich ukochanych numerów "Help" albo "All you need is love". Ale akurat obie te piosenki wnosiły dużo do scenariusza, odzwierciedlając wewnętrzne rozterki głównego bohatera. Z moją empatią kupiłam to od razu! Tak więc, wykorzystanie piosenek Beatlesów do przekazywania emocji - na plus.

2. Co ciekawsze, a niepokazane w zwiastunie, okazuje się, że świat bez Beatlesów jest ogołocony dużo bardziej. Z kolejnych scen dowiadujemy się, że ludzie nie znają również Harrego Pottera a nawet papierosów czy... Coca-Coli. Co do tej ostatniej, to ukłony za uroczy według mnie "product placement" Pepsi (inaczej lokowanie produktu, czyli forma reklamy). Chociaż sama nie wiem, czy reklama Pepsi się tu obroniła, bo jednak świat bez Beatlesów ma być smutny, więc analogicznie bez Coca Coli ... Rozumiecie?

3. Wreszcie postać zakochanej Ellie, która tak wielu recenzentom nie przypadła do gustu - "bo przeszkadza". Właśnie tu pojawia się wyjątkowość historii tej pary. NIE w chwili, kiedy on jest jedyną osobą potrafiącą przekazać światu twórczość Beatlesów. To nie jest tak wyjątkowe, jak to, że ona nie decyduje się na życie z gwiazdorem, mimo iż kibicowała mu od początku i... go kocha. Jej decyzja może wkurzyć, ale uważam, że została też doskonale wyjaśniona w scenie z Lennonem (sic! pojawia się tam żyjący Lennon!). Tu nie chodzi tylko o to, że dziewczyna postawiła faceta przed wyborem: ja albo popularność. Tu chodzi o to, że TA dziewczyna kocha to, co robi, jak żyje, miejsce, w którym żyje - uwielbia uczyć, to jest jej życiem, to jest ONA. I, co prawda, przez cały film stara się doprowadzić ukochanego do sławy, na którą według niej zasługuje jak nikt, ale jednocześnie jej największym marzeniem byłoby, by zrezygnował z tego dla niej. Czyż nie objawia się tu słynna skomplikowana psychika kobiety? Przeciwnie, niż wszyscy recenzenci, których miałam "zaszczyt" czytać, uważam, że ta postać została napisana doskonale! Zresztą obie postacie - Jack również, bo jak typowy mężczyzna myśli prosto i nie dostrzega licznych przesłanek tejże miłości. Oczy otworzyła mu dopiero rozmowa wprost z samą zakochaną (typowe!), a jeszcze szerzej sam John Lennon, który w tym świecie dożył 78 lat, żyjąc spokojnie przy miłości swojego życia, bez kariery czy sławy. I podobnie jak Ellie, mu również na sercu leży pochwała codzienności.

Z tej perspektywy widać najpiękniejszy wymiar "Yesterday". Jak widać film można odczytać nie jako hołd oddany Beatlesom, ale raczej hołd oddany osobistemu szczęściu i spełnieniu w ramionach ukochanej osoby - zatem sprawom małym, pozornie błahym, oczywistym, ale gdyby zderzyć je ze sławą, sprawom jednak najważniejszym. Dlatego uważam, że "Yesterday" mógłby nazywać się równie dobrze "All you need is love".

Wspominałam już, że uwielbiam "Pamiętnik" czy "Czas na miłość"? Te filmy wraz z "Yesterday" mają jeden wspólny mianownik. Tak różne scenariusze mają jeden czytelny dla mnie przekaz - nawet w czasach, gdy za wyznaczniki sukcesu uważa się kasę, to kluczem do szczęścia jest nasze udane życie osobiste (czytaj: miłość, przyjaźń, rodzina). A jak zdążyliście się już przekonać chociażby na łamach tego bloga, taki przekaz i mnie leży na sercu.

Komentarze

Popularne posty