Dzieci na krótkiej smyczy? Jestem za delegalizacją tudzież przeciw legalizacji


Z okazji niedawnego Dnia Nauczyciela zrobię sobie wyjątkowy prezent (wszak uczę w przedszkolu :) ) i wyjątkowo dzisiejszego posta nie poświęcę edukacji medialnej, lecz dzieciom.
A może raczej rodzicom?
Oceńcie sami.

Wpis dotyczy dzieci na smyczy, ale nie chodzi tu o dosłowność i coraz modniejsze "smycze bezpieczeństwa" dla dzieci. Nota bene, im również jestem przeciwna, bo przez te smycze krajobraz zyskał widok dziecka à la pieska, tyle że bez kagańca.

Ubolewam, gdy widzę rodziców, którzy organizują cały wolny czas swoim dzieciom. Podają im wszystko na tacy, a jeszcze muszą się starać, żeby zawartość tej tacy stale była atrakcyjna, co z wiekiem jest coraz trudniejsze. I tak hodują kaleki, które same nie podejmują decyzji i same niczego nie wymyślą.

Czy warto mówić: "Musisz to zjeść" / "Masz iść w tej sukience"?

   Pamiętam wesele w Gdańsku. Miałam wtedy 8 lat, może 7. Rodzice w zasadzie nie ingerowali w to, w co się bawię, jak ubieram etc. Nie narzucali mi woli, raczej sugerowali. Często nic sobie z tego sugerowania nie robiłam (tak jest do tej pory). Dlaczego? Ponieważ nie byłabym sobą. Akcja z weselem rzutuje na moje myślenie. Do Gdańska mamy ładnych kilkaset kilometrów. Tuż przed wyjazdem spakowałam swoją ulubioną sukienkę "do tańca". Kwiecistą, długą do kostek, ale skromną, bo bawełnianą z rękawkiem. Jednak mama była pewna, że nałożę pudrową, różową, koronkową sukieneczkę i spakowała ją, nie pytając mnie o zdanie.

   Nigdy nie lubiłam tej sukienki. Była piękna, ale nie dla mnie. Może była zbyt piękna? Podobnie jak niektóre z ubrań dziś proponowanych w sieciówkach (są cudowne, ale...). W tej sukience czułam się jak w przebraniu. Mimo to, wiedziałam, że muszę wyglądać w niej pięknie, bo każdy mi to mówił. "Jak księżniczka" - słyszałam. Ale ja nie byłam księżniczką. Byłam Anitą, a ta głupia sukienka mnie przyćmiewała. Miałam wrażenie, że wszyscy chwalą ją, nie mnie. Być może dlatego do tej pory nie lubię "błyszczeć". Nie w ten sposób.

   W każdym razie, wypad nad morze miło wspominam. Wspólne rodzinne zwiedzanie mimo chłodu, deszczu i wiatru okazało się frajdą. W końcu nadszedł dzień ślubu i mojego zwycięstwa - nie ukrywam, że nie wiem, czy powiodłoby mi się bez małego wsparcia ze strony babci. Oczywiście do konfliktu sukienkowego dołączył konflikt fryzurowy - mama zażyczyła sobie, by moje włosy do pasa zostały rozpuszczone, co dla mnie było nie do pomyślenia. W planach miałam ostro zaszaleć, a nie po drodze mi było mieć w czasie tańca problem z włosami. Dlatego poprosiłam po cichu ciocię, żeby związała mi włosy w koński ogon wysoko, na środku głowy. Prośba została spełniona i ja również czułam się spełniona. Tym bardziej, że na twarzy był tylko uśmiech i ani śladu wcześniejszych łez buntu. To w tym wieku najpiękniejszy makijaż. Jeszcze bardziej usatysfakcjonowana byłam zdziwieniem mamy, która tylko trochę się zdenerwowała, widząc mnie dopiero w samochodzie. 

Jak się okazało, nie wyglądałam źle. Czułam się też lepiej, tym bardziej, że nikt nie chwalił mojej skromnej kreacji, tylko mnie. Szalałam do późna. Szczęśliwa.

   Nie wszystkie decyzje młodości bywają trafne. To oczywiste. Nawet większość z nich bywa nietrafiona, wręcz lekko upokarzająca. To prawda - nie można pozwolić na upokorzenie, ale kiedy jest zdrowa możliwość, warto pozwolić dziecku zdecydować o sobie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie warto się narzucać. Nikomu. Nawet dzieciakom. Dziecko też człowiek, któremu można doradzić. Jednak to ono powinno podejmować codziennie swoje małe decyzje. Naturalnie, wskazane jest udzielanie wskazówek, bo dziecko to jednak mniejszy, niedoświadczony człowiek. Trzeba upewniać tego człowieka, że każda rzecz wymaga podjęcia decyzji, że trzeba nauczyć się zauważać, oceniać, wiedzieć, czego się chce, z kim się dobrze czuje. I trzeba pozwolić na błędy. One są najlepszą nauczką, nie tylko tą w sensie kary, ale też nagrody - jako doświadczenie. To działa też na asertywność. Człowiek pewny swoich decyzji nie ulega tak łatwo namowom innych, szczególnie namowom niedoświadczonych rówieśników.
 
   Zatem najlepsza jest dłuuuga smycz. Czyli radzić i pozwalać decydować. Pozwalać na błędy i wyczuć dojrzałość dziecka do podjęcia decyzji. Samodzielność tak, ale na miarę dojrzałości.

Komentarze

  1. Moja Mama nie jest typem, któy wydzwania co kilka godzin i to nie zmieniło się nawet wtedy, gdy wkroczyłam w okres młodzieńczego buntu. Mogłam robic co mi się podobało,ale nie skorzystałam z tego. Od zawsze miałam w sobie samokontrolę i mimo wielu popełnionych błędów udawało mi się spaść na cztery łapy, a przy okazji wyciągałam wnioski n a przyszłosć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy wpis i myślę, że wielu rodziców powinno zastanowić się nad relacjami z własnym dzieckiem. Ostatnio mam wrażenie, że przesadna nadopiekuńczość rodziców przybiera rozmiary epidemii...Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. widzę ogromną różnicę w wychowywaniu dzieci w Polsce i w Norwegii. Śniadanie w Polsce- chcesz kanapke z dżemem czy wędliną- łaał tu mamy już możliwość wyboru ale na ogół wielkiego wyboru nie ma a jest tylko- zjedz, masz zjeść, musisz to zjeść tylko nie marudź.
    Śniadanie w Norwegii- magiczne zdanie które słyszę za każdym razem- co chciałabyś/chciałbyś zjeść na śniadanie? potem jest którą kurteczkę chcesz założyć? te buty ci nie pasują? a które dziś założymy? te? oj ale pada na dworze, zobacz, pada deszcz prawda?...długo można by wymieniać. Bo tu jest jedna zasada- dziecko już od małego ma mieć możliwość PODEJMOWANIA DECYZJI. Czasem mam wrażenie, że niektórzy rodzice mają lekkiego bzika na tym punkcie ale cóż- każdy jakieś bziki ma:)
    Ja tam mogłam robić to co chciałam i podobnie jak Porka nie korzystałam zbytnio z tej swobody jakaś taka grzeczna wyrosłam:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety często mam skłonność do skracania smyczy.
    Walczę z tym pozwalając starszemu na więcej, ale...
    Pozdrawiam ciepło!
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  5. Popieram , takie dziecko często trzeba niańczyć do śmierci, bo do samodzielnej egzystencji się nie nadaje :-)))
    A dziecko na sznurku widziałam już ok. 15 lat temu ,jak byłam na wycieczce we Włoszech - może pani się bała ,że gdzieś się zgubi wśród wycieczek turystów ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje dzieci mają wyznaczone granice, moje dzieci tego potrzebują, zwłaszcza starsza. Od najmłodszych lat nasze rozmowy, wyglądały jak dysputy. I do tej pory to trwa, bo córka ma odmienne zdanie niemal we wszystkich, najczęściej mówię jej, że jak będzie potrafiła mnie przekonać, to pozwolę jej założyć, np. tę sukienkę. Przy czym w szafie ma ciuchy, które kupuję przy jej aprobacie.Czasem jej się uda mnie przekonać czasem nie, ale zna zasady, więc najczęściej odbywa się to bez jęków. Wychowywanie jest trudne i wymaga dużo siły, a przede wszystkim mądrości. Przyznam się, że momentami chciałabym sobie zrobić wakacje. Też jestem przeciwna tym smyczom. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytając wpis miałam wrażenie, ze czytam o samej sobie. Do tej pory, mimo że jestem juz dorosła, mieszkam w innym mieście, rodzice nadal chcą gdzieś tą smycz mieć na mnie.. I niestety często ulegam, żeby nie wszczynać kłótni. Kiedy tylko sie da stosuje zasadę " czego rodzice nie widza, tego im nie żal" :D choćbym miała i 50 lat, nadal będą krytykować wszystko co nie jest po ich myśli. Apodyktyczność z wiekiem nie mija :<

    OdpowiedzUsuń
  8. Też miałam wybór. We wszystkim. Nie byłam naciskana. Ale jestem zdania, że gdyby zaprowadziłaby mnie raz, dwa, trzy na zajęcia baletu to potem z chęcią uczęszczałabym sama. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. W przenośni:
    Smycz założona na szyję boli, a najbardziej nastolatka. Mi rodzice wyznaczali granice, a własna moralnośc podpowiadała co mi wolno a co nie...
    Dosłownie:
    Jak widzę matkę, z jednym dzieckiem na smyczy to mi jest żal. Żal mi gdy psa wiążę na szyi i idę z nim do weta, bo wiem, że jako psiak spędzający 90% czasu na podwórku czuje się oraniczony i niepewny a przy tym bezbronny, Wyobrażam więc sobie co może czuć dziecko.
    Pracuję w przedszkolu, mam dużą grupę i ani razu nie przyszłoby mi do głowy ich w jakiś sposób zniewalać.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mi się wydaje, że powinny być zawsze wyznaczone granice. Moi rodzice wychowali mnie dosyć swobodnie, nigdy nie miałam kar, nadmiernej opieki, w sumie z racji ich zawodów i faktu, że często nie było ich w domu musiałam szybko się usamodzielnić. Zawsze bardzo mi ufali, a ja nie chcąc tego zaufania zburzyć byłam grzecznym dzieckiem. :D Poza tym miałam relacje z nimi bardzo przyjacielskie - niemniej rodzic to rodzic, który powinien być autorytetem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Granice tak, ale nie powinny one ograniczać ZA BARDZO.
      Nie mniej jednak, Twój komentarz bardzo mi się spodobał. Mogę go określić jako uzupełnienie posta, wyjaśnienie niedomówień.

      Usuń
  11. Wiadomo, że dziecko musi się samo przekonać, czy jego decyzja jest słuszna i wyciągnąć wnioski, a przecież rodzice trzymając pociechę krótko na smyczy, nie dają jej takiej możliwości.

    A co do tych smyczy bezpieczeństwa, to pierwsze słyszę. I chyba cieszę się, że nie musiałam takowych nosić :D

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja jestem akurat dzieckiem ktore pare razy mama miala na takiej smyczy .. czy jestem na tak? Troszeczke zyjemy w powalonych czasach gdzie ludzie porywaja w supermarketach dzieci wiec w niektorych momentach takie zabezpieczenie nie jest po to, zeby to dziecko nam nie ucieklo tylko zeby trudniej bylo je zabrac.. ja wiem od tego tez sa rodzice od pilnowania no ale sa plusy i minusy jak zawsze :)

    Versjada

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo fajny wpis :)
    Moi (prawie) dorośli koledzy nic nie potrafią przy sobie zrobić, rodzice czasami zbyt mało wymagają od swoich dzieci..
    CHCE SIĘ ŻYĆ-BLOG

    OdpowiedzUsuń
  14. U mnie niestety były granice i przez te granice często nadal wychodzi tak, ze wolę rodzicom nie powiedzieć o czymś co wiem, ze jest nie po ich myśli niż powiedzieć szczerze co i jak

    OdpowiedzUsuń
  15. zgadzam się z tobą, dziecko powinno nauczyć się mówić o sobie, w swoim imieniu. samemu podejmować decyzję!
    http://healthy-beauty-lifestyle.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. ja z moją siostrą miałysmy (ona dalej ma ja juz jestem prawie pelnioletnia) narzucone pewny reguły. Nie zrobiły mi one krzywdy, nie czułam się też z nimi źle. Teraz jestem nawet im wdzieczna, bo gdyby nie moja mama na pewno wpadlabym w zle towarzystwo (w gimnazjum łatwo ulegałam wplywom) i teraz dziekuje jej za te wszystkie posiadówy na które nie moglam isc/K

    OdpowiedzUsuń
  17. Granice zawsze miałam wytyczane bardzo ostro. Często słyszałam "bo tak". Po latach wiem jednak, jakie były tego motywy i nie mam żalu. Łapię się czasem na tym, że i ja to obecnie stosuję, ale coraz częściej wprowadzam dialog. Jak nakażę i ma być wykonane to wiadomo, że takie zebranie się gdzieś trwa znacznie krócej, ale przypominam sobie, jak ja się w takich sytuacjach czułam. Staram się ze wszystkich sił, by nie wychować niesamodzielnego maminsynka. Dodatkowym wyzwaniem jest to, że jesteśmy teraz wyłącznie we dwójkę. No, jest jeszcze pies, czyli we trójkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Kiedyś dzieciństwo było bardziej spontaniczne i pełne szaleństwa. Miałam szczęście dorastać w czasach kiedy wychodziło się rankiem na podwórko, wracało na obiad, a czasem dopiero na kolację. Miałam przyjemność zasmakowania radzenia sobie na własna rękę. Rodzicie nie organizowali mi czasu, bawiłam się z kim chciałam i w co chciałam. Oczywiście w miarę kiedy rosłam i dojrzewałam, zaczęłam wychodzić poza granice podwórka, a wtedy rodzice zaczęli się martwić. Nie obyło się bez kontroli i godzin policyjnych, niemniej jednak odpowiadałam sama za siebie. Pies na smyczy zawsze się urwie, dlatego uważam, że nie warto nadmiernie kontrolować dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo interesujący wpis.

    Taka krótka "smycz" u dzieci niestety, ale kształtuje ich w większości przypadków niedorajdy życiowe - wszystko podane, nic sami nie zrobią, nic sami nie załatwią. Oczywiście, trzeba wyznaczać granice, bo wychowanie bez granic też nic dobrego nie daje. Trzeba być troskliwym, ale nie nadopiekuńczym, być stanowczym, ale również wyrozumiałym ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Bardzo mądry post. Myślę, ze nie jednemu rodzicowi rozwieje wątpliwości:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Wychowywanie to uczenie dziecka jak ma obchodzić się ze swoją wolnością. Taką mam definicję wychowania. Nie da się tego połączyć z takim podejściem, że dziecko musi to lub tamto. Jasne, zawsze potrzebne są granice - uważam, że należy wyznaczyć dziecku obszar jego aktywności, poza który nie może wychodzić. Trzeba jednak pozwolić dziecku być sobą i dawać mu tyle samodzielności, ile to możliwe, by potrafiło organizować swój czas.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Podpisuję się pod ostatnim twoim zdaniem. Ja u rodziców miałam bardzo duże ograniczenia, u swoich dzieci wprowadziłam wspólne rozmowy i ich własne zdanie na każdy temat. Ograniczenia dotyczyły bezpieczeństwa i z wiekiem malały. Ważne jest wzajemne zaufanie, wytłumaczenie danego problemu wspólnie. Nie kontroluję swoich dorosłych dzieci, choć widzę to w innych rodzinach. Smutne, że rodzice nie zauważają że dziecko dorosło, ma swoje zdanie i wizję swojego życia z tym a nie innym partnerem. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Ja nie mam dziecka, ale ostatni rok zajmowałam się moim małym J. I ogólnie wychodzę z założenia, że dziecku powinno się pozwolić odkrywać świat po swojemu. Jesli nie stanie się krzywda, pozwalam na wszystko. Ale nie tak, żeby dziecko było rozpieszczone ... tylko tak, żeby mogło wyciągnać wnioski np. Nie chciałabym i na szczęscie nigdy tak nie było, że rodzice mówili mi, co mam robić

    OdpowiedzUsuń
  24. "Smyczom bezpieczeństwa" przeciwna tak zupełnie nie jestem, ponieważ czasami to jedyny sposób by w zatłoczonym centrum miasta czy przy ruchliwej ulicy okiełznać trochę te bardziej żywiołowe i ruchliwe dziecięce jednostki - i dać im swobody na tyle, by nie zagrażało to ich życiu lub zdrowiu. Sama wprawdzie nie stosuję, ale jestem w stanie zrozumieć mamy, które się do tego wynalazku przekonały...

    Odnośnie tej metaforycznej "krótkiej smyczy" uważam, że trzeba znaleźć i wypracować wspólnie z dzieckiem jakiś kompromis i złoty środek. Nie podawać gotowych rozwiązań na tacy, nie prowadzić wiecznie za rękę i nie podtykać wszystkiego pod nos (a już tym bardziej nie narzucać odgórnie jako jedynej prawdy objawionej). Ale jednocześnie uświadamiać pewne zagrożenia i życiowe pułapki, w które można wpaść, kiedy się tę smycz zbyt mocno wydłuży. Z nastoletniej autopsji wiem natomiast, że i tak najczęściej w pewnym momencie życia chce się ją po prostu zerwać - i to zupełnie niezależnie od jej długości :)

    OdpowiedzUsuń
  25. 'Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz'- mawia mój tata i jest w tym sporo racji. Nie ma sensu nakładać na dziecko klosza. Każdemu (zarówno kilkuletniemu, jak i dorosłemu) powinno pozwolić na popełnianie błędów. Dzięki temu nauczą się przeżywać porażki, wyciągać wnioski na przyszłość i doceniać sukcesy.
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Mnie nigdy do niczego nie zmuszano, nie zabraniano, a byłam grzeczna i ułożona ;) Znam przypadki, gdzie rodzice trzymali swoje dzieci pod kloszem a jak tylko skończyły osiemnaście lat to zaczęły imprezować, używki itp. Grunt to zaufanie i dać trochę swobody. Mam pięcioletniego brata i jak nie chce jeść to nikt go nie zmusza- dopadnie go mały głód to sam woła :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Chyba wszystkie Anity tak mają, że lubią ukazywać siebie nie przez opakowanie, a przez naturalność :) Pozdrawiam, melodylaniella.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  28. Mając staż w przedszkolu zauważyłam, że część dzieci miewa mniej czasu wolnego ode mnie, rodzice organizują im każda chwilę. Nie pozwalają dzieciom być dziećmi...Dziecko musi przecież reprezentować rodzica! Krochmal, tiule i kołnierzyki...Szkoda tylko, że rodzice zapomnieli, że szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko!;)

    OdpowiedzUsuń
  29. bardzo ciekawe. pewnie często decyduje to co szybsze i wygodniejsze, a niekoniecznie lepsze...

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie wyobrażam sobie, żeby rodzice mnie tak ograniczali... Bo uważam to za ograniczanie. Rodzice nigdy jednak nie próbowali organizować mi czasu na siłę - raczej popierali moje inicjatywy, jak koło teatralne czy teraz prowadzenie bloga, wybór szkoły. Ale znam dziewczynę, której rodzice może nie tyle organizowali czas, co wymagali od niej, aby była najlepsza, poszła na medycynę... No i ona non stop prawie siedziała nad książkami, od dziecka... Dla niej to było naturalne... A dla mnie to też chore, taka ambicja rodziców przełożona na dziecko.

    OdpowiedzUsuń
  31. nie jestem zwolenniczka miliona zajęć dodatkowych i wypełnienia czasu dzieciom przez całą dobę
    nawet małe dziecko powinno umieć spędzać czas z samym sobą
    dzieci powinny mieć swobodę w drobnych sprawach w granicach rozsądku, aby w dużych potrafiły podporządkować się autorytetowi

    OdpowiedzUsuń
  32. To wszystko nie jest takie proste. Myślę, że trzeba też wziąć tutaj pod uwagę charakter dziecka i wiele różnych czynników. Ale rzeczywiście dzieci wybór powinny mieć, aby w życiu dorosłym umiały samodzielnie podejmować decyzje.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Naj­trud­niej­sze w dys­kusji nie jest to, by bro­nić ja­kiejś opi­nii, ale by ją mieć - Éric-Emmanuel Schmitt.