Ślub na studiach? Google jest za a nawet przeciw








Wpisując w Google "ślub na studiach", rozwija się podpowiedź: "za i przeciw". Oznacza to, że są wśród nas studenci, którzy zastanawiają się, czy warto wziąć ślub jeszcze na studiach. Też się zastanawiałam, a dziś jestem tuż po podróży poślubnej i tuż przed czwartym rokiem akademickim. Tak, od 29 sierpnia dumnie reprezentuję mniejszość w Polsce, jaką są studenci w małżeństwie.

Dlaczego student z obrączką odbiega od normy?

 

a) na studiach człowiek musi się wyszumieć – w końcu studenci to niedojrzała banda pijąca i szalejąca za pieniądze rodziców;
b) jeśli nawet student jest dojrzały i pracuje, to przecież wyjście za mąż przed 24 rokiem życia jest jak wyjście z dobrej imprezy przed 24 godziną;
c) punkty a i b to takie bzdury promowane przez świat, które blokują spojrzenie na najważniejsze kryteria zawarcia związku małżeńskiego.

A najważniejsze kryteria to: miłość, wspólna wizja przyszłego życia w wierności i uczciwości, podjęcie odpowiedzialności nie tylko za siebie. To jest konieczne i wystarczające. Jestem przekonana, że studencka dojrzałość pozwala na rozeznanie tych kryteriów. I jeśli para zna się na wskroś, obydwoje chcą być ze sobą do końca życia i zdają sobie sprawę, czego od życia i siebie nawzajem oczekują, to lotek na drogę, nowy komplet pościeli pod pachę i jazda zaczynać dorosły etap w życiu. Dorosły, choć nadal nietypowy etap, łączący pracę z nauką, imprezowanie na mieście ze wspólnym powrotem do wspólnego mieszkania, wspólne posiłki... Co w tym złego?

Media o ślubie na studiach 


Głównie seriale są propagatorami różnych zjawisk zachodzących w społeczeństwie. I tak utarło się, że większość par studenckich szczęśliwie żyje na kocią łapę we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu lub w pokoju w akademiku.  Szczęśliwie do czasu, kiedy na horyzoncie nie pojawi się widmo niezadowolenia z obowiązków wobec drugiej strony: „Z jakiej racji mam prać jego skarpety?”, „Dlaczego to ja mam opłacać jej zabiegi kosmetyczne?”. Dojdzie do tego rutyna z brakiem pewnej wizji przyszłości, egoizm, może zdrada i wspólne pomieszkiwanie skończy się rozstaniem bez większego huku, bo szczęśliwie przewidywali, że to się może tak skończyć. A społeczeństwo utwierdza się w przekonaniu, że młodzi teraz potrzebują się sprawdzić. Ale jakże można myśleć inaczej, kiedy dodatkowo wszelka publicystyka na temat młodych małżeństw przytacza statystyki, z których zawsze wynika, że zdecydowana większość takich małżeństw kończy się rozwodem?

Dlatego dziś ślub na studiach, i to bez wcześniejszego zamieszkania razem, to dla wielu jakaś paranoja.

True story


Tymczasem prawdziwe życie pisze dobre scenariusze dla dobrych ludzi. To historia mojej przyjaciółki:

J studiuje prawo. Trzeci rok to nie przelewki – ciężkie egzaminy, zarwane noce… W wakacje przed tym rokiem akademickim pobrała się ze swoim narzeczonym T. Zdecydowali się nie tylko na małżeństwo, ale również na dziecko i w czerwcu, tuż po sesji, urodził się A. Mieli wiele problemów ze znalezieniem mieszkania. Każdy dziś woli wynająć mieszkanie parze studentów, niż parze studentów z dzidziusiem. Jednak udało się znaleźć odpowiednie lokum. J dzielnie znosiła ciążę, ale mimo starań nie zaliczyła kilku egzaminów. Okazało się, że większość roku miała z nimi problem. Dziś J jest po poprawkach. Ma nie tylko zaliczone egzaminy, ale też piękną rodzinę.

Moje małe facebookowe badanie

 

Zauważyłam, że ilość zaobrączkowanych wśród moich znajomych na Facebooku zaczyna się nasilać. Wzięłam się za liczenie, biorąc pod uwagę tych spośród moich rówieśników (20-25 lat), którzy nie poszli do seminarium i nie wyrażają tendencji homo. Okazało się, że 15,5% z nich wzięło ślub, bądź zamierza na tyle poważnie, że garnitur wisi w szafie i pozostało wybrać smak tortu!


 „Mądre” słowa od Wysokich Obcasów 


Na końcu postanowiłam opublikować fragment dającego do myślenia wywiadu ze ś.p. pedagog i socjolog prof. Hanną Świdą-Ziębą.

Przychodzi studentka na egzamin i przeprasza: "Nie przygotowałam się, bo dziecko ząbkuje". A pani profesor na to... 
Odpowiadałam ostro: "Albo, albo. Albo pani studiuje i przygotowuje się do egzaminów, albo pani ma dziecko i się nim zajmuje". Byłam przeciwna studenckim małżeństwom.

"Byłam"?
Nie ma już studenckich małżeństw.
Dlaczego była pani wobec nich krytyczna?
Bo podobała mi się ta zasada przedwojenna - najpierw stabilizacja, potem rodzina. Uważam, że nie da się pogodzić studiowania i wychowywania dziecka. Dziecko chore, ma kolki, ząb mu się wyrzyna, płacze, ona ma zarwaną noc i nie uczy się do egzaminu. Albo, albo. Poza tym te małżeństwa były zwykle bardzo nieudane, trwały po kilka lat. Dzieci wychowywały się potem w kolejnym związku.

Dlaczego studenckie związki tak szybko się rozpadały?
Najpierw była wielka miłość, a potem codzienne kłopoty. Te kłopoty to było mieszkanie, brak środków do życia, zależność od rodziców, kłótnie o to, czyje studia są ważniejsze.

Niemal wszystko to samo co dzisiaj po studiach!
Ale to była młodzież ucząca się, a nie pracująca. (…) Czego dziecko potrzebuje, żeby dobrze się rozwijać? Spokoju, poczucia bezpieczeństwa, regularnego trybu życia, powtarzalności. A tego studenckie małżeństwo nie mogło mu zapewnić. Bo było: "Czego krzyczysz?! Mama uczy się do egzaminu, przestań wreszcie!".

W czym to jest gorsze od obecnego: "Czego krzyczysz?! Tata musi przygotować prezentację!"?
Ja uważam, że ludzie powinni tak ustawić życie, żeby mieć czas dla swojego dziecka. Praca, inaczej niż studia, przynajmniej daje na to szansę. A są takie kierunki studiów, na których nie da się pogodzić nauki z rodzicielstwem. To noszenie dzieci na egzamin, zostawianie ich na korytarzu pod opieką przyjaciółek... Te małżeństwa przeszkadzały w studiach.
Dlaczego studenckie małżeństwa skończyły się po '89 roku?
W 1994 roku przeprowadziłam badanie wśród licealistów i studentów drugiego roku ("Wartości egzystencjalne młodzieży lat 90."). Jedna czwarta uważała, że posiadanie dzieci to kłopot, a około jednej piątej deklarowało, że wybiera życie singla/singielki. To mnie bardzo zaskoczyło, bo we wszystkich wcześniejszych wywiadach licealiści planowali małżeństwo i dwoje-troje dzieci. Mówili: "Bez tego życie byłoby nieudane".

Teraz lepiej się nie żenić, bo może się nie uda?
Młodzi od tych szczęśliwych rodzin bardzo dużo wymagają, idealizują miłość. A jak się dużo wymaga i jednocześnie ma świadomość, że to może się nie udać, człowiek jest bardzo ostrożny. (…) Po roku '89 pojawiły się też nowe kategorie myślenia u studentów: ustawić się. Jeśli nie będę mieć pieniędzy, nie zrobię tego i tego. Ci nowi są bardziej rozważni, tamte małżeństwa studenckie nazywałam szalonymi - "Mamy stypendia, miejsce w akademiku, a, jakoś to będzie". A tu razem z kapitalizmem pojawia się nowe podejście: na małżeństwo potrzebne są pieniądze.

Czy idealizowanie miłości zwiększa ryzyko rozwodu?
Jak się podchodzi do związku z nastawieniem, że życie z ukochanym będzie sielanką, to byle problem oznacza koniec.

Popularne posty